Skontaktuj się z nami : 509-876-258
Do góry

Właściciele marki Consonni HALINA I ZDZISŁAW BARTELAKOWIE

Rozmowa ze Zdzisławem Bartelakiem, właścicielem marki Consonni

Redakcja: Proszę powiedzieć, jak zaczęła się przygoda rodziny Bartelaków z cukiernictwem.

Zdzisław Bartelak: Tak naprawdę wszystko zaczęło się od tego, że się Polska zmieniła. Zaraz po skończeniu studiów na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej wróciłem do Częstochowy. Były to czasy, kiedy istniał obowiązek podjęcia pracy. Ponieważ wówczas urodził nam się syn Dominik, a żona jeszcze studiowała, udało mi się załatwić w ministerstwie półroczne odroczenie tego nakazu, abym mógł opiekować się dzieckiem. Po tym czasie rozpocząłem pracę w ówczesnym Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej, w którym przepracowałem 14 lat. Nadzorowałem budowę największej częstochowskiej ciepłowni przy Rejtana, więc można powiedzieć, że realizowałem się jako inżynier. (uśmiech) Niedługo po jej oddaniu do użytku otrzymałem awans na zastępcę dyrektora przedsiębiorstwa.

Redakcja: Co takiego się wydarzyło, że nie pracuje pan już w swoim zawodzie?

Zdzisław Bartelak: Mam dwie wady: nie rozpoznaję ludzi i nie piję alkoholu. Zdaje sobie pani sprawę, co to oznaczało w tamtych czasach? (śmiech) Po prostu nie pasowałem do tamtego systemu. Nie potrafiłem załatwiać, kombinować. Dla mnie coś jest albo białe, albo czarne. Lubię wykonać zadanie i dalej do przodu, bez żadnych komplikacji. Zacząłem się więc najzwyczajniej na tym stanowisku męczyć.

Redakcja: I postanowił pan poszukać w życiu czegoś innego.

Zdzisław Bartelak: Tak się złożyło, że był to rok 1989, czas zmiany systemowej w Polsce. Odwiedziła nas wówczas siostra mojej żony, która wyszła za mąż za Włocha, Giovanniego Consonni, i na stałe mieszkała we Włoszech. Giovanni był przedstawicielem kolejnego pokolenia w rodzinie Consonnich, która w 1911 roku otworzyła piekarnię. Jednak ani Giovanni, który jest inżynierem, ani jego siostra, farmaceutka, nie przejęli firmy, bo nie chcieli tak ciężko pracować, jak ich dziadkowie i rodzice. Proszę sobie wyobrazić, że ich rodzice, dopiero jak sprzedali firmę – w wieku 60 lat – pojechali pierwszy raz do Rzymu. Jest to taka branża, której trzeba cały czas pilnować.

Redakcja: Co się wobec tego stało z firmą?

Zdzisław Bartelak: Małżeństwo Consonnich musiało ją sprzedać wraz z kawiarniami, ponieważ nie znaleźli w swoich dzieciach kontynuatorów. Nie była to duża firma, ale na tamtym rynku znacząca.

Redakcja: Pamięta pan jakiś przełom w tworzeniu swojej firmy?

Zdzisław Bartelak: Przełomu nie było. Krok po kroku, latami ciężko pracowaliśmy na to, aby wszystkie receptury przenieść z Włoch do Polski. Pamiętam jednak sam początek, kiedy to Giovanni przyjechał do Polski nas odwiedzić. Ponieważ on również jest inżynierem, chciałem się trochę pochwalić, pokazać mu wszystko, co udało mi się osiągnąć w branży ciepłowniczej, m.in. ciepłownię, którą uruchomiłem. On, oglądając to, popatrzył na mnie i powiedział: „Zdzichu, ale na razie to ty posadziłeś małe drzewka, a kiedy będziesz owoce z tego zbierał?”. Zrozumiałem, że rzeczy, które dla mnie były sukcesem epoki komunizmu, dla niego były normą sprzed 20-30 lat. Wtedy zapytał mnie, czy nie chciałbym robić tego, co jego rodzice, tylko tutaj, w Polsce. Odparłem: „OK”. To była decyzja chwili.

Redakcja: Odważna decyzja. (uśmiech)

Zdzisław Bartelak: Tak się składa, że to jest to, co ja zawsze lubiłem robić. W czasach komunizmu organizowaliśmy z żoną mnóstwo spotkań towarzyskich. Dzięki plastycznemu wykształceniu żony bywali u nas twórcy, artyści, aktorzy. Zawsze to ja zajmowałem się słodkimi wypiekami, a żona resztą. Lubiłem to po prostu.

Redakcja: Ale na początku były tylko lody.

Zdzisław Bartelak: Rzeczywiście, z takim nastawieniem jechałem do Włoch na targi, po których miało odbyć się szkolenie. Tam mieliśmy zakupić też maszyny. Zabraliśmy z żoną wszystkie oszczędności, które mieliśmy w banku, to było jakieś 5 tysięcy dolarów. Wówczas to było naprawdę dużo, można było za to kupić w Polsce dom. Liczyliśmy, że kupimy za to maszyny i używany samochód do biznesu. We Włoszech znajomy babci zaproponował, że sprzeda nam dwie używane dziesięcioletnie maszyny do produkcji lodów. Okazało się jednak, że każda z nich kosztuje 5 tysięcy dolarów. Musiałaby pani widzieć wtedy nasze miny. Cały nasz plan się zawalił. Musiało to wyglądać naprawdę nieciekawie, bo babcia z Giovannim po półgodzinnej debacie oznajmili, że pożyczą nam te brakujące pieniądze. (uśmiech)

Redakcja: A co z zaplanowanym zakupem samochodu?

Zdzisław Bartelak: No właśnie. Samochodu już nie było za co kupić, pozostał problem, jak zawieźć te maszyny do Polski. Dziadek zaproponował, żeby wziąć jego przyczepę, którą woził liście z ogrodu. Tyle że ona miała nośność 300 kg, a maszyny ważyły 500 kg. Jedną maszynę wpakowaliśmy więc do poloneza, drugą załadowaliśmy na przyczepę i wróciliśmy do Polski. To była najdłuższa podróż z Włoch. Trwała 36 godzin (uśmiech)

Redakcja: Co dały panu wizyty we Włoszech?

Zdzisław Bartelak: Przede wszystkim tam poznałem receptury, złapałem kontakty, dzięki którym mamy prawdziwe, oryginalne surowce, z których do dziś robimy ponad 30 smaków lodów. Nauczyłem się tam cukiernictwa, jakiego w Polsce nie było.

Redakcja: Początki były trudne?

Zdzisław Bartelak: Pierwsza nasza lodziarnia powstała w garażu. I to dosłownie. Ponieważ ówczesny system rzadko pozwał komuś otwierać jakiś biznes i tego typu inwestycje były blokowane w ministerstwie, wybudowaliśmy garaż. A że wprowadzono zasadę „co nie zabronione, to dozwolone”, obiekt można było zaraz po odebraniu przez nadzór budowlany zaadaptować do dowolnego celu. Urzędnika, który przyszedł na odbiór, bardzo ciekawiło, dlaczego w tym garażu jest tyle kranów. „Bo ja bardzo lubię czystość!” – odpowiedziałem. Garaż odebrano, a wkrótce powstała w nim lodziarnia, bo prawo na to pozwalało. (uśmiech)

Redakcja: A gdzie powstała pierwsza oficjalna lodziarnia?

Zdzisław Bartelak: W Kamyku, na rodzinnej działce należącej do mojego dziadka. Ja pochodzę z Kamyka, tutaj się urodziłem, na strychu małego drewnianego domku.

Redakcja: Kiedy pan poczuł, że ta kula nabiera coraz większych rozmiarów?

Zdzisław Bartelak: Takiego poczucia nigdy nie było. Moje założenie było takie, że ja chcę robić rzeczy inne. Od początku chciałem, żeby to były rzeczy prawdziwe, oryginalne i przede wszystkim naturalne. Nasze produkty są robione ręcznie, każdy detal jest tu efektem przemyślanego wyboru. Nie chciałem sięgać po ulepszenia, które obniżają koszty produkcji, ale równocześnie obniżają jakość produktu. Był taki moment, w roku 1995, kiedy to wszystko rzeczywiście się rozpędziło i pojawiło się pytanie, czy zostajemy przy swojej idei biznesu i zostajemy małą firmą, która pilnuje jakości, czy wchodzimy w masówkę. Wybraliśmy to pierwsze i tak jest do dziś. Wolę robić mniej, ale najwyższej jakości.

Redakcja: A kiedy pojawił się pomysł poszerzenia działalności?

Zdzisław Bartelak: Kiedy nadeszła zima. Sezon na lody w Polsce się skończył i pojawiło się pytanie, co zrobić z zatrudnionymi ludźmi. Ratunkiem była podróż do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu inspiracji. I tak w naszej ofercie pojawiły się ciastka owsiane, które Amerykanie jedzą w każdej kawiarni. Potem było nasze słynne, certyfikowane ciasto drożdżowe, które robimy na własnych, naturalnych drożdżach. W międzyczasie musiałem zdobyć uprawnienia mistrza cukiernictwa. Lody można było bowiem produkować bez uprawnień, pozostałych wyrobów już nie. To podczas egzaminu zrozumiałem, że chcę robić coś innego niż wszyscy w kraju. Że mają to być produkty najlepsze, których jakość doceni klient.

Redakcja: Ile osób zatrudnia pana firma?

Zdzisław Bartelak: W sumie, ze sklepami, których mamy osiem, to jest 110 osób.

Redakcja: To całkiem sporo jak na „małą firmę”. Jest pan dobrym szefem?

Zdzisław Bartelak: Jak mówił mój wykładowca z czasów studiów: „Nie ma złych ludzi, są tylko źli szefowie”. Szef, jak dobry dowódca, powinien znać mocne i słabe strony swoich żołnierzy i wiedzieć, na jaką pozycję wystawić każdego z nich. Tak samo jest w firmie. To szef musi zorganizować załogę, wiedzieć, kto się do czego najlepiej nadaje. Jeśli pracownik będzie zadowolony, że robi to, co potrafi najlepiej, to szef też będzie zadowolony, a na samym końcu tę satysfakcję poczuje klient, który otrzyma produkt najlepszej jakości, tworzony z pasją i radością – dla niego przez nas. Z doświadczenia wiem, że jeśli przychodzą do nas do pracy ludzie, którzy mają „złą naturę”, to oni nie popracują tutaj dłużej niż pół roku. Po prostu źle się tu czują, ponieważ ten dobry trzon jest tak silny, że ta zła energia się nie przebije.

Redakcja: W dzisiejszych czasach to rzeczywiście bardzo cenne.

Zdzisław Bartelak: To wymaga bardzo dużo pracy. Jestem wdzięczny tym ludziom i mam wrażenie, że oni również cieszą się, że tworzą coś fajnego. Wszystko, co tutaj robimy, to ręczna praca, wymagająca zaangażowania człowieka – od początku do końca. To właśnie dzięki ludziom nasze ciasto drożdżowe posiada znak „Jakość i tradycja”, a nasze produkty przeszły kontrolę międzynarodowej organizacji TUV.

Redakcja: Ma pan dwóch synów. Dzieci pomagają w prowadzeniu firmy?

Zdzisław Bartelak: Dominik jest architektem. W firmie nie pracuje na co dzień, ale zajmuje się wizualizacją i wystrojem naszych lokali. Natomiast Filip jest w grupie najlepszych specjalistów od kawy na świecie i międzynarodowym sędzią jakości kawy. Ma również uprawnienia wykładowcy. To właśnie pomysłem Filipa było wprowadzenie do naszej oferty kawy Cavallo.

Redakcja: Cavallo jest w państwa sklepach. Planujecie ekspansję na pozostałą część kraju?

Zdzisław Bartelak: To może wydawać się dziwne. Wielu ludzi patrzy na mnie jak na biznesmena. Tymczasem siedzi przed panią przede wszystkim pasjonat i hobbysta, który stworzył firmę, gwarantuje pracę ludziom, których zatrudnia, ale zależy mu na tym, aby działać, aby dawać ludziom zadowolenie. To trochę tak jak z artystą, który wychodzi na scenę i czerpie radość z tego, że ma kontakt z publicznością, że ludzie przychodzą na jego występ. Ja mam podobnie. Cieszy mnie zadowolony klient, który codziennie odbiera u nas wcześniej zamówione pieczywo, cieszą mnie pracownicy, którzy czerpią satysfakcję ze swojej pracy, za którą są wynagradzani. Moim celem jest trwać przy swoim i przetrwać w tym świecie, gdzie tak naprawdę na wyciągnięcie ręki jest dzisiaj wszystko.

Redakcja: Mimo tego, co pan mówi, wciąż rozpoczyna pan nowe inwestycje. Niedawno zdecydował się pan na budowę Folwarku Kamyk. Nie poprzestaje więc pan na tym, co ma.

Zdzisław Bartelak: Zgadza się, bo kieruję się zasadą, że wszystko, co zarabiam, inwestuję w kolejne projekty, aby dawać satysfakcję ludziom. Przypuszczam, że gdybym był malarzem, namalowałbym niezliczoną ilość obrazów. (śmiech) Po prostu taką mam naturę. Moi pracownicy śmieją się, że jeszcze jednego nie skończyłem, a już chcę następnej inwestycji. Folwark jest absolutnie niedochodowy. To po prostu moja pasja. Z tych pieniędzy, które zostają nam z firmy, inwestujemy w Folwark.

Redakcja: Co panem wobec tego kieruje?

Zdzisław Bartelak: Widzę, że współczesny świat, który nas otacza, bardzo ucieka do przodu i te wszystkie wartości, które były kilkadziesiąt lat temu, zanikają. Kiedyś w Kamyku każdy – również ja – wypasał krowy, miał ogródek, pole, hodował warzywa. Jak budowało się dom, sąsiedzi wzajemnie sobie pomagali, bo wiedzieli, że jak któryś będzie w tej samej sytuacji, to również będzie mógł liczyć na pomoc. W domach jadło się prosto i zdrowo, z tego, co dała natura. Dzisiaj żyjemy tutaj jak w mieście. Dom obok domu, nikt nie prowadzi gospodarstwa, nie ma ludzi, którzy znają się na hodowli kur, kaczek, gęsi. I to mnie zainspirowało do tego, żeby zatrzymać ten świat właśnie w Folwarku.

Redakcja: Jak długo pan śpi?

Zdzisław Bartelak: Kładę się około godz. 23., wstaję o 6. Staram się wysypiać.

Redakcja: Postawił pan kiedyś w biznesie wszystko na jedną kartę?

Zdzisław Bartelak: To ryzyko było przez cały czas. Aby rozwijać firmę, musiałem w banku zastawić własny dom. Pamiętam też rok 1992, kiedy na początku działalności wzięliśmy kredyt na 78 procent. Wyobraża sobie pani dzisiaj taką sytuację?

Redakcja: Nie bał się pan?

Zdzisław Bartelak: Oczywiście, że się bałem. Ale wyniki finansowe i wszystkie rachunki wskazywały, że jest potencjał i trzeba go wykorzystać. To ryzyko powoduje, że w człowieku budzi się energia i pozytywna adrenalina, bo wstaję rano i wiem, że muszę. Ta energia z jednej strony wyniszcza, a z drugiej bardzo napędza do działania i buduje. Kiedy zarabiałem pierwsze pieniądze, to nie wydawałem ich na luksusowe samochody i podróże, ale inwestowałem w maszyny, bo zależało mi na rozwoju w firmy. Pierwszy porządny samochód kupiłem w 2000 roku. Jeśli odniosłem sukces, to tylko dlatego, że w swoim życiu przełamywałem stereotypy i podążałem własną drogą. Bardzo często wbrew otaczającej mnie rzeczywistości.

Redakcja: Dużo czasu spędza pan w pracy?

Zdzisław Bartelek: Właściwie z niej nie wychodzę, bo mieszkamy na terenie zakładu. (śmiech)

Redakcja: Czyli pracownicy nie mają z panem lekko, są poddani ciągłej kontroli.

Zdzisław Bartelak: To są moi przyjaciele, niekiedy potrzebują decyzyjności od swojego szefa. Oni doskonale wszystko przygotują, ale są momenty, kiedy trzeba podjąć decyzję niosącą za sobą ryzyko.

Redakcja: Jak sobie pan radzi na obecnym rynku pracy?

Zdzisław Bartelak: Rzeczywiście jest to trudny temat. Moja załoga się starzeje. Większość pracowników ma kilkunastoletni staż pracy u nas. Owszem, przychodzą do pracy młodzi ludzie, ale z obawą patrzę w przyszłość, bo coraz mniej jest w nich świadomości pracy i poczucia odpowiedzialności za to, co robią. Na razie dajemy sobie radę, ale rzeczywiście w gorących okresach, tj. w święta czy w wakacje, musimy się posiłkować pracownikami ze Wschodu, bo wszystkie nasze produkty są wykonywane ręcznie, i niestety są prace, w których maszyna nigdy nie zastąpi człowieka.

Redakcja: Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

*

code